Across the universe
Wielka, ambitna porażka - tak mówią o tym filmie ci, którzy przeżywali na gorąco śmierć Lenona. The Beatles byli wielcy, okej, ale "Across the Universe" i dla nieczułych na ich muzykę podziała jak rock'n'rollowy koncert, bo to po prostu dobry musical. Jude wyrusza na gapę do Ameryki, by odszukać swojego ojca, który rzekomo zginął podczas wojny. Jak się okazuje - nie do końca. Kiedy poznaje Maxa i jego siostrę Lucy, wszystko się zmienia. Przyłączają się do grupy hippisów, angażują przeciwko wojnie w Wietnamie, a nad tym wszystkim latają gorące uczucia. Starzy dobrzy Beatlesi w nowej, nieco popowej oprawie. No i plus fabuła jako tło do ich tekstów. Wyszło to naprawdę przyzwoicie. Muzycznych rewelacji tu nie ma (może poza "Let it be" w wersji gospel), ale wykorzystane tu kawałki nie zostały na pewno sprofanowane. Choreografia, muzycy-aktorzy i nuty zostały skomponowane na dobrym poziomie. Co do samej gry aktorów także nie ma zastrzeżeń. Brak sztuczności (z małymi wyjątkami), grają przekonywująco. Akcja rozwija się również bez zgrzytów. Choć ciężko zwykłego wideomaniaka przekonać do choćby zwrócenia uwagi na musicale (swoją drogą, dziwne zjawisko), to ten wypada zaliczyć do obowiązkowych. Porażką toto nie jest, arcydziełem także, ale bliżej mu już do tego drugiego.