Kill Bill vol2
Wkurzona Uma Thurman w roli Beatrix kontynuuje swoje dzieło zniszczenia dysząc żądzą krwawej zemsty. Wielu zwolenników Tarantino miało za złe, że podzielił "Kill Billa" na dwie części. Że na kasę poleciał, ot co. On sam bronił się, że trzygodzinny seans byłby mordęgą, dlatego tak zrobił. Ale mniejsza o to - ważne że ten film, w cenie dwóch, wyszedł znakomicie. Zmiana taktyki - tym razem zamiast bitw na miecze, uraczeni zostaliśmy walką na słowa. Więcej tu gadania niż akcji, ale ta jest wręcz genialna. Ale przecież nie o walki tutaj chodzi. Tarantino uczy smakowania obrazu i dźwięku, delektowania się fabułą, a akcja ma być finałem tegoż. W drugim epizodzie o Czarnej Mambie dowiadujemy się, że makabryczny ślub był w rzeczywistości tylko próbą, poznajemy także kilka istotnych wycinków z przeszłości Beatrix, które będą miały duży wpływ na jej dalsze losy. Tutaj wszystko dzieje się powoli, bez pośpiechu - na samym początku rozwścieczona Uma oznajmia, że właśnie jedzie do Billa, by go zgładzić, potem cofamy się do końca pierwszej części, czyli początku drugiej. Wiemy tym sposobem, że pogrzebana żywcem w trakcie filmu na pewno jakoś sobie poradzi, że podczas efektownej bitwy z przeciwniczką wyjdzie zwycięsko. Wiemy także, czego ona nie wie - że jej niby nienarodzone dziecko żyje, ma się dobrze. O muzyce zbyt wiele mówić nie trzeba - RZA, wspomagany Robertem Rodriguezem (plus Morricone) mówią sami za siebie. Zresztą, przecież to Tarantino. Co tu więcej gadać?