Mortal Kombat
Przeniesienie dobrej gry na srebrny ekran niesie za sobą spory bagaż odpowiedzialności. Filmowi od początku, jeszcze przed pierwszym klapsem stawia się potężne wymagania, niekiedy wychodzące poza realny margines. Mortal Kombat pod tym względem nie zawiódł. Co tu mówić - organizowany turniej Mortal Kombat stawia ziemskich wojowników przed hardym zadaniem: wygrać i uratować tym samym świat. W trójce wybranych - Liu Kang, Sonja i Johny Cage - ostatnia nadzieja ludzkości. To film, gdzie wszystkie dialogi i akcja krzyżują się w meritum pt. "walka". Został nakręcony pod napalonych nastolatków, którzy zatracają się grach komputerowych, więc i wymagający specjalnie nie jest. Aktorzy też nie mają zbyt wielkiego pola do popisu. Od strony efekciarstwa nie ma właściwie nic do zarzucenia. Wszystko jak na tamte lata wygląda efektownie. Czary, latające ogniste smoki, śmigający między drzewami węgorz czy zamienianie w sopel spluwy wygląda jak powinno. Nawet muzyka zdała egzamin. Szybkie trance-techno podczas walk, mroczne klimaty we właściwych momentach, czy rozchwytywany Orbital "Halcyon on & on" spisuje się znakomicie. Dla fana bijatyk, Mortal Kombat w szczególności.